W Mysore…

W Mysore…

Autor: -

W Mysore…

Mija pierwszy tydzień w Mysore w Indiach.

Za mną kilka posiłków, takich, za które można oddać wiele i takich, po których trzeba zostać w domu i pić mocną herbatę, kilka rozmów, o których nie zapomnę długo, oj bardzo długo, i takich, których już nie pamiętam, kilka dni tak gorących, że przypomina mi się Heban Kapuścińskiego, jak o gorączce pisał, wreszcie kilka praktyk lepszych i gorszych, czyli wszystko w normie.

Jestem tu trzeci raz, co nie czyni mnie nikim szczególnym, w mniemaniu innych, natomiast fakt ten całkowicie zmienia moje myślenie o tym miejscu. I tego myślenia jest tak dużo, że aż się na ten marzec cieszę. Poukłada się wszystko, poczyści, ugruntuje, może czasem się skrzywię, ale już nie będę z tego robić wielkich historii, odwrócę się na pięcie i pójdę w swoją stronę, pozwalając innym na własne życie.

Jestem tu trzeci raz, co nie czyni mnie nikim szczególnym, w mniemaniu innych, natomiast mnie samą zmienia, a ta zmiana dokonuje się na macie każdego świtu, pracując z każdą asaną, i dalej, gdy z tej maty schodzę, chcę czy nie, coś się zmienia, mam czas na tę zmianę, pozwalam sobie na nią, na nią się otwieram. Przyglądam się temu, obserwuję. Jestem.

Nie wiem, co się wydarzy i w sumie mało mnie to interesuje. Ważne jest to co jest teraz, a teraz jest praktyka, teraz jestem ja z całym tym moim inwentarzem, który tak bardzo lubię.

Myślę o Was każdego dnia ciesząc się tym, że tu jestem. W swoich ulubionych świątyniach zapalać będę kadzidła za tych, których dane mi było poznać na chwilę przed wylotem i tych, z którymi mi po drodze już lata długie.